Irzykowski: opieka długoterminowa domowa musi pozostać świadczeniem pielęgniarskim
Kiedy „brakuje rąk”, łatwo zapomnieć, czyje to ręce
Jest taka godzina, której nie ma w żadnym rozporządzeniu. Wczesne popołudnie, mieszkanie na trzecim piętrze bez windy, zaciągnięte zasłony. Na łóżku leży człowiek, który sam nie wstanie, nie zje, nie zmieni pozycji. Wchodzi do niego jedna osoba. Nie zespół. Nie dyżurka za ścianą. Jedna osoba, która przez najbliższą godzinę lub więcej jest dla tego pacjenta całym systemem publicznej ochrony zdrowia.
I teraz pytanie, które brzmi niewinnie, dopóki nie postawi się go w tamtym mieszkaniu. Kto powinien przez te drzwi wejść? Od pewnego czasu w debacie publicznej wraca odpowiedź, która ma rozwiązać kłopot z kadrami. Niech część tej opieki przejmie opiekun medyczny. Brzmi rozsądnie. Brzmi tanio. Brzmi jak troska. Pomysł firmuje powaga Ministerstwa Zdrowia i właśnie dlatego Okręgowa Rada Pielęgniarek i Położnych w Słupsku przyjęła w tej sprawie stanowisko. 25 czerwca powiedzieliśmy „nie” postulatowi udziału opiekuna medycznego w pielęgniarskiej opiece długoterminowej domowej. Do stanowiska dołączona jest analiza prawna. Z kolei ten felieton jest o tym, dlaczego.
Zacznę od rzeczy, która powinna zawstydzić autorów pomysłu. Otóż prawo już tę kwestię rozstrzygnęło, i to prawo ich własne. Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 2013 roku w warunkach domowych wskazuje jako realizatora tego świadczenia wyłącznie pielęgniarkę i pielęgniarza. Opiekuna medycznego tam nie ma. Nie przez zapomnienie. To samo rozporządzenie wpuszcza bowiem opiekuna do opieki stacjonarnej, do zakładów opiekuńczych. Ustawodawca znał ten zawód. Wiedział, gdzie go posadzić. I do domu pacjenta świadomie go nie zapraszał.
To jest różnica między luką a decyzją. Lukę się łata. Decyzję się szanuje. Pomysł, by teraz dostawić opiekuna do opieki domowej, nie jest uzupełnieniem przepisów. Jest cichym obejściem tego, co prawodawca postanowił z rozmysłem. Dlaczego postanowił właśnie tak? Bo ta opieka tylko z zewnątrz wygląda na mycie i karmienie. W środku to nieprzerwany ciąg decyzji. Pielęgniarka i pielęgniarz ordynują leki, wypisują recepty i zlecenia, kierują na badania, prowadzą proces pielęgnowania, orzekają. Robią to na podstawie ustawy, mocą samodzielnego zawodu medycznego. Opiekun medyczny, przy całym szacunku do jego pracy, bo jest potrzebny i wartościowy, działa inaczej. Działa na zlecenie i pod nadzorem. Jest wykonawcą, nie autorem.
I tu wracamy do tamtego mieszkania na trzecim piętrze. Skoro czynności opiekuna z mocy ustawy wymagają nadzoru, to ktoś ten nadzór musi sprawować. Kto? W domu, w którym jest tylko on i pacjent? Nadzór na odległość nie istnieje. Można go wpisać do uzasadnienia projektu, ale nie da się go wnieść do mieszkania. Rozbicie jednej roli na dwa zawody niczego nie odciąża. Mnoży tylko podmioty i rozmywa odpowiedzialność, a gdy coś pójdzie nie tak, każdy będzie wskazywał na drugiego. Jest jeszcze argument, który lubię najbardziej, ponieważ dekonstruuje iluzję systemowej troski. Powiada się, że opiekun medyczny wniesie do domu „opiekę bytową”. Tyle że tę opiekę system już zapewnia, tylko poza NFZ i rękami zupełnie innych zawodów. Świadczą ją opiekunowie i asystenci z systemu pomocy społecznej, na przykład opiekunka środowiskowa czy asystent osoby z niepełnosprawnością. To zawody niemedyczne, podległe innemu resortowi i finansowane z innych źródeł, np. z usług opiekuńczych gminy, ze środków PFRON, z programów Funduszu Solidarnościowego. Opiekun medyczny to nie to samo. To zawód medyczny, a jego dołożenie do świadczenia finansowanego przez NFZ oznaczałoby płacenie drugi raz za warstwę, którą system pomocy społecznej już zapewnia. Ten sam ustawodawca, który zakazuje łączenia świadczeń, miałby je tutaj zdublować. Jedną ręką zabrania, drugą funduje.
A teraz zdanie, które jest sednem wszystkiego. Tam, gdzie pacjenci naprawdę czekają na tę opiekę, nie czekają dlatego, że brakuje chętnych pielęgniarek i pielęgniarzy. Czekają, bo płatnik ustawił limit i zaniżył wycenę. To jedno z najniżej wycenianych świadczeń, a za to, co ponad limit, NFZ płaci jedynie część stawki. Świadczeniodawca ma więc kadrę, ma chęci i nie przyjmie kolejnego pacjenta, bo go na to nie stać. Niech to wybrzmi, bo tu pęka cała konstrukcja pomysłu. Dostawienie opiekuna medycznego nie podniesie wyceny. Nie zniesie limitu. Nie wyczaruje kompetencji, których ten zawód z definicji nie ma. Zmieni tylko osobę w drzwiach. Bariera zostanie dokładnie tam, gdzie była. To leczenie objawu, którego pacjent nie ma, przy starannym omijaniu choroby, na którą naprawdę zapadł. Jeśli ktoś w ministerstwie chce poprawić dostęp do tej opieki, droga jest jedna i znana. Urealnić wycenę i znieść limity. Wszystko inne jest przesuwaniem pustego talerza po stole i nazywaniem tego obiadem.
Dlatego jako Okręgowa Rada Pielęgniarek i Położnych w Słupsku wnosimy o jedno, a mianowicie, by ta opieka pozostała tym, czym jest z mocy prawa, czyli świadczeniem pielęgniarskim. I dlatego namawiam każdą Koleżankę i każdego Kolegę, żeby sięgnęli po nasze pełne stanowisko i analizę prawną. Gęsto tam od artykułów, paragrafów i numerów Dzienników Ustaw. Ale właśnie w tej gęstości jest siła. O naszym zawodzie zbyt długo mówiono ogólnikami i wzruszeniem ramion. Tym razem odpowiadamy aktem, paragrafem i dowodem, czymś, czego nie da się zbyć jednym machnięciem ręki.
Sebastian Irzykowski
Przewodniczący Okręgowej Rady Pielęgniarek i Położnych w Słupsku

